moody fun factory

Szalony Moody – recenzja wibratora analnego od Fun Factory

Cukierkowy fiolet odpada, nie, nie! Nasz Moody ma kolor wrzosowy i to właśnie on idealnie do niego pasuje. Delikatny, piękny, niestandardowy.

FINN: Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia – dosłownie. Tym razem Fun Factory spisało się na medal. Powierzchownie niepozorne opakowanie zostało dość solidnie wykonane (nie rozerwałam go przypadkowo przy otwieraniu). Czerwony napis „your perfect moment” na stonowanym tle doskonale oddaje to, czego możemy się spodziewać po zawartości. Moody gwarantuje naprawdę idealne chwile.

2

SASH: Rzeczywiście zachwycił nas już  sam wygląd. Cudo. Delikatny, przyjemny w dotyku silikon, do którego czepia się o wiele mniej pyłków otoczenia, niż w przypadku witaminowego dildo, prążkowany, lekko zakrzywiony na końcu, niesamowicie giętki, z wypustkami przy uchwycie zwanym Pętlą Miłości – wszystko to i o wiele więcej składa się na szaleństwo doznań, jakie zapewnia.

Szczerze, to pierwszy wibrator, z którego jestem niemal całkiem zadowolona. Niemal, bo przecież musi być jakieś ale, i zanim przejdę do plusów, zacznę od tego. Jak dla mnie te wypustki mogłyby być odrobinę większe. I tyle z mojego ale. A to dlatego, że budowa mojego ciała kazała mi się nieco nagimnastykować, aby sięgnąć nimi do łechtaczki (tak, świetnie się do tego nadają, jeżeli nasz orgazm jest stricte łechtaczkowy), natomiast Finn jakoś nie miała z tym problemu. Zabawy w duecie – nie mam żadnych wątpliwości; czuję się w pełni usatysfakcjonowana jego praktycznością i łatwością w utrzymaniu.

FINN: Według mnie Moody to małe dzieło sztuki. Pętla Miłości, czyli wcześniej wspomniany uchwyt, jest naprawdę genialnym rozwiązaniem – wibrator za nic w świecie nie wypadnie nam z rąk, a dodatkowo można nim manewrować na niezliczoną ilość sposobów. Moody będzie z nami współpracował za każdym razem. Jako, że jestem dość wrażliwa, jeżeli chodzi o stosunki, ta jego swoista plastyczność sprawiła, że ani razu nie jęknęłam z bólu. I jeżeli zebrać wszystkie gadżety, z którymi miałam do czynienia, a było ich całkiem sporo, Moody stał się moim ulubieńcem. I szczerze? Nie chcę, by to się za szybko zmieniało.

Skupiłyśmy się na penetracji waginalnej, chociaż świetnie nadaje się także do analnej. Najpierw w pojedynkę, później w duecie i powiem Wam w sekrecie, że z nim można bawić się całą noc, a nadal czuje się niedosyt.

4

SASH: Szalony Moody ma różne programy, które dodatkowo, prócz idealnego dopasowania się do kobiecej anatomii, umilają obcowanie z nim. Sześć prędkości, sześć trybów, co na samym początku możemy zobaczyć na obrazkowej instrukcji. Instrukcja mówi nam także, że wibrator posiada… blokadę klawiatury. Tak, dokładnie. Pół sekundy i Moody nie włączy się w torebce. Gdyby był mniejszy, właśnie tam bym go nosiła na co dzień – i na pewno przerwy w pracy byłyby przyjemniejsze. W zestawie dostajemy magnetyczną ładowarkę, co jest ciekawym rozwiązaniem. Podczas ładowania załącza się diodowa sygnalizacja (na przyciskach) informująca nas o poziomie naładowania. Maksymalny czas, aby osiągnąć sto procent, to osiem godzin, ale Moody ładuje się szybciej. Nienawidziłyście zwykłych baterii? My też!

A co o samym wibratorze? Elastyczny, ale tak naprawdę elastyczny, delikatny i przyjemny w dotyku, subtelny, kobiecy, estetyczny… Z nieziemską mocą. Z Moodym w pewnym momencie zaczyna wibrować całe ciało i to jest dodatkowy efekt wow. Prawie dziewiętnaście centymetrów długości nie stanowi żadnego problemu, nie jest także żadną przeszkodą, bo perfekcyjnie dopasowuje się do wnętrza. Dodać trzeba, że Moody jest wodoodporny, co także sprawdziłyśmy. Działa bez zarzutów. W Fun Factory pomyśleli o wszystkim i stworzyli świetny wibrator, w którym każdy element nienagannie ze sobą współgra, dając nam coś niezwykłego.

Pierwsze wrażenie? Jest genialny! Po dokładnym przyjrzeniu się i przetestowaniu można by o nim pisać w nieskończoność, ale po co? Sami koniecznie musicie się przekonać! A potem podzielcie się z nami wrażeniami.

FINN: Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że Moody jest także nierozpoznawalny. To znaczy, że niewtajemniczeni dopiero po intensywnej kalkulacji zrozumieją, że to, na co patrzą, to wibrator. Ojciec Sash przechodził obok wibratora leżącego na stole (zapomniała schować) kilka razy i ani razu się nie zorientował, że to to – a przynajmniej nie przyznał, nawet jeśli się domyślił. Moody, ze swoim perfekcyjnym wyglądem, wtopił się w wystrój pomieszczenia. I dobrze! W końcu po co go chować po kątach, kiedy ma się na niego ochotę cały czas?

Szczerze, niezaprzeczalnie i z ręką na… sercu – polecamy Wam szalonego Moody’ego.             

***

Testowany wibrator można nabyć pod tym adresem.