"Gry weselne"

Skoro trzeba się przedstawić… Sash ;)

wiosna

wiosna

Przywołajmy trochę wiosny, bo akurat dziś pada. 😉

„Pijana Wiśnia” powoli startuje. Powoli, ponieważ mamy sporo zajęć, ale na seks przecież zawsze jest czas. Finn już poznaliście, teraz kolej na mnie. 

 

Kiedy ja byłam dzieckiem, nie miałam pojęcia kim będę.

Teraz mam dwadzieścia dziewięć lat (no, prawie) i wciąż tego nie wiem. Wiem nareszcie za to, kim jestem – lesbijką.

Nieodwołalnie. 

Aby to odkryć bądź uznać, bo podejrzewam, że odmienna orientacja zawsze gdzieś w głębi mnie siedziała, musiałam przejść długą i wcale nie taką łatwą drogę. Co z tego, że już w podstawówce byłam ciekawa dziewczyn. Wtedy nie wiedziałam, co to znaczy, więc – wychowana w rodzinie heteroseksualnej – zaczęłam od bycia hetero. Marzyła mi się biała suknia i wielkie wesele, bycie panią domu i matką, czyli wszystko to, czego zazwyczaj pragną dziewczyny. Związałam się z facetem i po kilku latach za niego wyszłam. Nie zauważyłam, że to nie to, czego chcę, a powinnam była, w końcu gdzieś po drodze wpuściłam kobietę do naszego łóżka. Niedługo po ślubie rozwiodłam się po raz pierwszy i… znów znalazłam faceta. Zapytacie, czy to miłość. Odpowiem, że tak. Na tamte czasy i w tamtych okolicznościach miłość tym dla mnie była. Za drugim razem jednak zaczęłam mimowolnie zmieniać swoje poglądy na temat tego, kim jestem, a kim chciałabym być. Bezowocnie próbowałam odnaleźć się w roli pani domu (do tej pory to nie jest moja mocna strona), żony, a z czasem i kochanki.

Czas wszystko zmienia, wszystko podważa i weryfikuje.

Nie umiałam także odnaleźć w sobie instynktu macierzyńskiego, jakiegoś powołania do utworzenia rodziny, do cieszenia się tradycyjnym, domowym ogniskiem.

A potem, po kolejnych kilku latach, poznałam kobietę. Kiedy to nastąpiło, moja heteroseksualność upadła z głośnym trzaskiem. Przez pierwszy rok myślałam, że jestem bi. W końcu miałam męża. I dziewczynę, bo z upływem czasu, rozmów i niezobowiązujących spotkań, stała się moją kochanką, nie tylko przyjaciółką. I tak samo jak ona, sądziłam, że to przelotne. Romans z kobietą, to takie cool. Ale w pewnym momencie coś przestało mi odpowiadać. Facet zaczął mnie drażnić, przestał spełniać, spokojne życie, które prowadziłam dotychczas, przestało wystarczać. Wierzcie mi, pozazdrościłaby mi takiego życia niejedna kobieta, zwłaszcza w moim wieku. Miałam wszystko, dom, ogród, stałą, niezbyt wymagającą pracę, dbającego męża, fajną teściową. Ale co z tego? Skoro ja zaczęłam się w tym dusić, skoro się nudziłam, nie spełniałam, skoro czegoś mi brakowało.

Jej. Jej mi brakowało.

W końcu, po wielu wylanych łzach, nieprzespanych nocach i z głową nieustannie zawaloną myślami, bo wcale to nie było łatwe, nie pojawiło się na pstryknięcie palcami, zdałam sobie sprawę, że moja biseksualność też kuleje. Zaczęłam sobie przypominać wcześniejsze sytuacje świadczące o tym, że może jednak wolę kobiety… tylko? Kilka spotkań i jeden rok później bi podzieliło los hetero i rozbiło się z trzaskiem o podłogę.

Teraz  jestem ja.

Lesbijka wychowana na penisach, której dziesięcioma platonicznymi miłościami są męscy bohaterowie książkowi bądź filmowi (bo jak można nie kochać Edwarda…), kobiecą zaś tylko jedna (na razie).

Lesbijka, która jest pewna tego, że jest lesbijką, bo w ciągu kilkunastu lat swojego życia przeszła drogę hetero, bi i wiele innych, pobocznych ścieżek.

Lesbijka pewna swojej kobiecości i kobiety, dla której zostawiła wygodne życie, rzuciła stałą pracę i wyprowadziła się do rodzinnego miasta, którego nie znosi.

Jeśli zapytasz mnie, czy warto? Odpowiem Ci, że tak. Jeśli zapytasz, czy jestem pewna? Odpowiem Ci – tak. Jeśli zapytasz, czy wiem, czego chcę? Odpowiem tak.

Tak.

Jestem kobietą, która kocha kobietę. Kobietą, której coming out wciąż trwa (nie od razu Kraków zbudowali, nie?), bo jeszcze nie wszystko zostało zamknięte. Kobietą, która odnalazła radość życia w najprostszych czynnościach, rzeczach. Kobietą, która nie potrafi gotować, a potrafi prowadzić dom, która nie lubi dzieci, ale kocha nieznośnego, zbyt inteligentnego psa (codziennie zastanawiam się od nowa, czy aby na pewno). 😉

Literatura, seks, kwiaty, fotografia, turkus, herbata, handmade. Życie. W końcu je kocham, nie tylko nienawidzę. Za pomocą doświadczeń, czas zweryfikował moje poglądy na wszystko, na miłość także.

Już się nie boję, nie wstydzę. I chociaż wciąż uczę się różnych rzeczy – wiem, czego chcę i wiem, kim jestem.

Jestem lesbijką i chcę szczęścia.

Sięgam po nie wraz z partnerką.

Pijana Wiśnia to mój bar stworzony specjalnie dla niej, do którego zapraszamy i Was. Czujcie się tutaj jak w domu, odnajdźcie siebie, miłość, radość, seksualność.

Bądźcie sobą.

 

 

A to kadr z mojego ulubionego filmu z wątkiem LGBT – „Gry weselne”.

Ta w kręconych włosach, to moja pierwsza platoniczna miłość lesbijska. 😛

Sash